“Szybkość rośnie, jak drzewo”, ale czy w to wierzymy? O cierpliwości w sprincie…

0

Juniorzy najczęściej się “kończą” po wejściu w wiek seniora. To opinia krytyczna, a przyczyn jest wiele. Na początku historia 20-letniej zawodniczki, która po 5 latach treningu stanęła przed decyzją, czy kontynuować swoją przygodę z lekkoatletyką. Takich dylematów miała więcej, ale na szczęście nie porzuciła kolców, a jej dojrzewający powoli talent doprowadził ją do olimpijskiego złota. Mowa o Shelly Ann Fraser-Pryce! Prawdą jest, że trzeba mieć talent, żeby być zauważonym w sprincie, ale większości być może umyka fakt, że posiadanie talentu nie oznacza, że sukces jest deterministyczny. Gen może dojrzeć w najmniej spodziewanym momencie, a najprawdopodobniej 70% utalentowanych juniorów nigdy nie odkryje skali jego możliwości. 

W Polsce juniorów było setki. Nazwiska czytający mają z pewnością w pamięci. O ich odejściu z lekkiej atletyki decydowały kontuzje, brak progresu, brak motywacji lub finansowania pasji. Wiemy również, że byli i tacy sprinterzy, którzy nie mieli pieniędzy, towarzyszyły im kontuzje, a także brak perspektyw, ale z jakichś przyczyn zostali w tym sporcie, a później zostali medalistami mistrzostw świata, jak np. Hudson-Smith, który zaliczył nieudaną próbę samobójczą. Spłukany z pieniędzy był m.in. jedyny polski finalista olimpijski biegu na 100 metrów, Wiesław Maniak. “Byłem tak nieszczęśliwy, że chciałem się upić, ale nie miałem na to pieniędzy”. Było to w czasach, gdzie paradoksalnie pieniądze były, ale nie dla Maniaka skonfliktowanego z PZLA. Ktoś powie, że skrajne sytuacje wywołują skrajne reakcje i moblilizację, bo to prawda, ale dla jakiego % z tych, którzy tego doświadczają? To kilka procent, których zapamiętuje historia. Brak wiary, że znajdzie się w tych kilku procentach może być przyczyną dla zakończenia kariery w sposób bezpowrotny.

Takim pechowcem mógł być 18-letni Asafa Powell, który co niezwykłe ani razu nie stanął na podium w popularnej na Jamajce rywalizacji szkół. Był szybki, bo łapał się do finałów, ale jego talent ograniczał się do czasu 11.5/100 metrów. Gdzie w takim razie był Bolt, któremu w wieku 13 lat nauczyciel zmierzył 10.3 (pomiar ręczny)? Powell trafił do grupy Francisa mając dokładnie 18 lat i 4 miesiące. Dlaczego nikt wcześniej nie próbował go namówić do sprintu? Dlatego, że jego szybkość była niezauważalna? Jego trener, Stephen Francis powie kilka lat później, że nie widziałby współpracy z Boltem, a Asafa idealnie wpisywał się w jego zasady. A więc to Francis miał oko. W niepozornym chłopaku dostrzegł zalążek mistrza, którego progres nijak miał się do okresu 13-17 lat, kiedy startował na zawodach, ale przegrywał. Grał w piłkę, podtrzymywał szybkość, ale żeby wygrywać było to za mało. Gorzkim przejawem tej historii jest być może fakt, że Powell w wieku seniorskim mimo posiadania rekordu świata nie potrafił przemóc klątwy młodości. Dalej przegrywał. Przyszedł rok igrzysk olimpijskich 2012 w Londynie. Wydawało się, że Powell musi się przełamać, że to jest ten moment, że Powell dojrzał także w wymiarze radzenia sobie z presją. I wystartował w finale jak z łuku. Pierwszy postawił stopę na 10 metrze. Z każdym krokiem potem jakby się usztywniał, w końcu poczuł pachwinę. To stara kontuzja, mijająca, ale Powell nie kontynuował rywalizacji. “To tragedia, że wydarzyło się to w finale olimpijskim”-powiedział Powell. I takich podobnych finałów miał kilka. Jego minorowa mina z finału w Londynie to coś, co mamy żywo w pamięci pisząc ten artykuł.

34-letni Richard Kilty w pierwszym starcie sezonu 2024 uzyskał czas 6.64 na 60 metrów. Brytyjska czołówka! Mistrz świata z Sopotu (2014) miał chwile chwały. Wykręcił  10 lat temu czas 6.49 sekundy, co było rezultatem niezwykłym w tamtym okresie. Miał jednak pecha, ponieważ po tym sukcesie nie przedłużono jego współpracy z Rana Reiderem. Prawdą jest też, co przyznał w wywiadzie, że przed MŚ doznał kontuzji nadgarstka przez co nie robił góry tyle ile by chciał, a to mogło dodatkowo pomóc w sukcesie, który zawdzięczał też odpowiednio niskiej wadze. Kilty w okresie poprzedzającym Sopot stracił aż 6 kilogramów, kiedy zdał sobie sprawę, że węglowodany tworzą u niego “stan zapalny”. Kiedy sięgał po mistrzostwo świata oscylował między 80, a 81 kilogramów przy 183 cm wzrostu. Wiele czynników wpłynęło na jego sukces. Potem jednak pech za pechem, kontuzja za kontuzją. Kilty, który z wiatrem przebiegł 100 metrów w 9,92 (+4.4 m/s) nie potrafił wyjść na prostą. Wydawało się, że nie ma sensu, że to koniec, ale jak sam przyznał: “Kochałem sprint i ciągle myślałem o powrocie”. Próbował i próbował. Przeszedł kilka operacji. Jego 6.64 odczytujemy, jako zwieńczenie niesamowitego uporu, choć nie wiadomo jeszcze, czy da mu to jakiś medal. Ale czy to musi być medal? Brytyjczyk jest niezwykły!

Na wyboistej drodze do spełnienia marzeń jest także wkrótce 41-letnia Lorene Bazolo z Portugalii. Właśnie zbliżyła się do własnego rekordu kraju na 60 metrów, który wynosi 7,17 sekundy. Jeśli go poprawi zostanie także rekordzistką świata masters, który odbierze najbardziej długowiecznej sprinterce wszech czasów, Marlene Ottey. Bazolo zaczęła trenować w wieku 24 lat i mimo wieku progres był dla niej taką samą tajemnicą, jak dla początkującego juniora. Długo nie potrafiła pobiec poniżej 11.7, a długo też utrzymywała się na poziomie powyżej 12 sekund na 100 metrów. W końcu coś zaskoczyło. Bazolo jest na poziomie 7.24/60 metrów i 11.10/100 metrów.

Noah Lyles po swoim epizodzie z depresją(nieprzypadkowo sezon 2020) powiedział, że “90% sukcesu to sfera psychiczna”. Amerykanin największe rezerwy wynikające z pracy nad mentalną częścią odkrył dopiero wtedy, kiedy został zmuszony do zainteresowania się tematem z uwagi na swój stan.  Gdyby ugryźć temat talentu z drugiej strony, to właśnie sfera mentalna wydaje się wyprzedzać wartość genetyczną sukcesu, bo czy psychika jest wartością nabytą, jak pierwotny talent? Sfera mentalna tworzy warunki dla dojrzewania talentu, który nie od razu potrafi rozkwitnąć, choć łatwo wpaść w pułapkę myślenia, że skoro nie zrobiło się wyniku przez pierwsze dwa lata, a inni potrafią, to po co w ogóle to kontynuować?

“Szybkość rośnie, jak drzewo” konkluduje Tony Holler obserwując setki swoich zawodników. Talent jednego rozkwita od razu, talent drugiego potrzebuje kilku lat, a są i tacy, którzy w ogóle nie są postrzegani, jako talenty. Stephen Francis opisany w “Kopalni talentów” stosuje nietypowe podejście, a cała książka traktuje o cierpliwości i trudnych warunkach rozwoju talentu, jako nieoczywistym przepisie na sukces. Każdy zgodzi się, że cierpliwość jest cnotą, ale jak trudno być cierpliwym pokazuje życie. Trudno być, bo często przez łatwość życia nie potrafimy być wytrwali. To właśnie porażki, bardzo trudne życiowe zakręty kształtują najcenniejsze skarby, jakie posiadamy. Istnieje opinia, że biali dlatego nie potrafią biegać, bo… nie chcą. Po roku 1980, kiedy emigracja przybrała najsilniejszy nurt w historii role w bieganiu odwrócił się niemal całkowicie. Nagle to pochodzący etnicznie z Afryki biegacze stali się gwiazdami biegów długich i krótkich. Czy to dlatego, że Afryka to inne geny? “Gdybym tylko mógł, raz na zawsze zakończyłbym dyskusję o naturalnym talencie czarnych lekkoatletów. Nie mówię, że geny są nieistotne, ale nie ma dowodów na to, że określone rasy ludzi mają biologiczną przewagę w biegach”. Kto to powiedział? Twórca największego na świecie banku DNA w Glasgow (to w tym mieście odbędą się w tym roku Halowe Mistrzostwa Świata), profesor Pitsiladis.

Ale wyższość czarnych pokutuje w umysłach chyba większości ludzi. “Chcesz być czarnym hokeistą?” -usłyszał niedawno jeden z naszych kolegów, sprinter z aspiracjami na medal mistrzostw świata na 100 metrów. Już sam fakt posiadania takich aspiracji tworzy u innych rodzaj myślenia: “No przecież czarnych nie pokona, już lepiej do sztafety”. Kto wie, czy w sprincie nie wytworzyła się mentalność, że to nie jest po prostu sport dla białych. Nieważne, że Polacy byli indywidualnie najlepsi na świecie w historii, nieważne, że istniał Wunderteam, nieważne, że ktoś coś udowodnił… Po prostu to tak głęboko osadzona w człowieku myśl, że przestaje on wierzyć. Ale kwestia wiary, czyli czegoś, czego nie da się udowodnić prostym “Patrz, zrobię to”, bo w większości przypadków taka próba zakończy się fiaskiem, to wartość tak indywidualna, że wręcz (albo w ogóle) niemożliwa do zmierzenia. Wiara ludzi różni się, jak elektroniczne różnice w czasie między pierwszym, a piątym rokiem kariery. Shelly Ann nie miała pojęcia, że zostanie mistrzynią świata. Ktoś tą myśl musiał w niej zaszczepić. Miała marzenia, jak każdy, ale ona doprowadziła je do skutku. Konsekwencja, wiara, warunki rozwoju. Sukces rośnie, potrzebuje tylko nieustannej pielęgnacji mimo zmieniających się ciągle okoliczności. I choć nie jest pewny, to w mniejszej statystycznie ilości prób o jego realizacji decyduje nieznośna cierpliwość wyjątkowo zawziętych osób.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *